MAŁA BALETNICA

Mała Baletnica

      ... ale nie po to dziś przyszedłem.
      Chciałem wziąć Małą Baletnicę na loda
      Na spacer do parku, nad rzekę
      Gdzie czas płynie jak woda
      Gdzie misiu bez ucha i lalka zbyt długa…
      Gdzie dziecko… którego ktoś słucha
      Jak zechcesz to podasz nam ręce
      Weźmiemy dziewczynkę za dłonie
      Niech wie, że dziś ją ochronię
      Jak zechce niech biegnie przodem
      Nie szkodzi, że się przewróci
      Podarta czy brudna sukienka?
      Ten drobiazg niech jej nie smuci
      Nie ona jest ważna lecz TY
      Opowiedz nam Swoją piosenkę
      Zapomnij podartą sukienkę
      Refren jej trochę już znamy.
      Ale nie o to pytamy
      Opowiedz nam Swoje marzenia
      Te małe, dziecięce
      O wstążce co miała zmienić się w tęczę
      O wiośnie co przyjść nigdy nie chciała
      Choć tak bardzo na nią czekałaś
      O różczce co miała świat Twój odmienić
      Choć nigdy nie chciał się zmienić
      Opowiedz nam Swoją piosenkę
      Czas płynie jak woda
      Tak trudno, w miniony, coś dodać
      Marzenia, pragnienia uciekły
      Urwane ucho u misia
      już dziś nie do przyszycia
      A może taki miał być,
      Nasz smutny, kochany miś
      Ta przeszłość, zamienia się w dziś

      Nie czytaj słów, które piszę
      Nie szukaj w nich prawdy o Sobie
      Przecież te moje słowa
      To są te ramki koślawe
      Wstaw w nie Swe serce gorące
      Czytaj smutek, pamięć, wspomnienie
      Żal, radość, Twoje wzruszenie
      Czytaj w nich Swoje uczucia
      Czytaj w nich własne serce
      W nim szukaj prawdy o Sobie
      Ono Ci wszystko podpowie
      Spróbuj odczytać Siebie
      Pomiń me ramki koślawe
      One nie mają znaczenia
      Nie one stanowią sprawę

mis

      Lody na buzi dziewczynki
      Różne dziecięce minki
      Niech będzie to dla niej wycieczka
      A nie kolejna ucieczka

(Krzysztof Gawart)

#1
2013-12-29 Tulipan
mis

  Witam Jestem tu nowa. Pierwszy raz piszę na jakimkolwiek forum, ale w głębi siebie czuję potrzebę podzielenia się tym co teraz przeżywam. Samotność, strach, szukanie siebie to coś co jest przy mnie dzień i noc, każdego dnia. Właśnie podjęłam decyzję, decyzję która mnie paraliżuje, która w głębi mnie nie jest chciana, jednak jest konieczna. Rozwód, koniec, czegoś co trwało chyba od dziecka, chyba miałam 15 lat ,zakochałam się i trwałam w tym 23 lata. Dziś ma 38 lat i bagaż życiowych porażek. Opowiem może coś o sobie. Jako dziecko wychowana byłam w chorej rodzinie. Matka alkoholiczka, zresztą do dzisiaj zmaga się z tym, ojciec bezradny wobec tej sytuacji, ciągle walczący, czasem również popadający w skrajność i razem z nią pijący. Miałam wiele twarzy jako ich dziecko. Raz wychodziłam na scenę i śpiewałam, tańczyłam, żywa maskotka w czasie domowych libacji, a zaraz jako strażnik domowego ogniska, sprzątałam wymiociny i robiłam wszystko, aby dom wyglądał jak z przed libacji. Kiedy nie była wstanie iść do pracy, pisała listy do przełożonego i jako dziewięciolatka zanosiłam je do jej zakładu. Nigdy nie była w szkole na wywiadówce, nigdy zemną nie rozmawiała. Zawsze albo napruta, albo skacowana, albo w rozsypce bo znów bez pracy, pieniędzy. Same kłopoty. Pamiętam również święta Bożego Narodzenia, jako dziecko szłam do lasu dzień przed wigilią, bo rodzice się pokłócili i powiedzieli, że nic nie będzie. Znalazłam, o dziwo przyciętą i przyniosłam ją z lasu do domu, postawiłam w wiaderku w swoim pokoju i ustroiłam. Gdy wrócił tato, to się popłakał i poprosił, abyśmy jednak wstawili ją tam gdzie zawsze stała w dużym pokoju. Ten czas przedświąteczny był zawsze pełen lęku, obaw, bo mama miała dwa dni przed wigilią urodziny i zawsze była okazja do picia, a w najgorszym przypadku co też miało kilka razy miejsce do wrócenia po libacji z pustym portfelem, bo dobrzy znajomi okradli ją co do złotówki. Jednak nigdy się nie poddawałam, wierzyłam ,że wszystko da się załatać, poskładać i jakoś to będzie. Chociaż miałam młodszą siostrę o cztery lata, od niej nikt nigdy nic nie wymagał, tak więc stała z boku i przyglądała się temu. Moje dzieciństwo to wieczne awantury, pijaństwo. Pamiętam jak ojciec tak pobił matkę, że prawie umarła, na naszych oczach, szarpała ją za włosy i rzucał gdzie się dało, o ściany ,grzejniki, potem przeleżała pół roku w szpitalu. Obraz tego mam do dzisiaj przed oczyma, ale czy go nienawidzę za to ? Nie. On był bezsilny wobec jej ciągłych zdrad, wiecznego chlania, uciekania z domu na kilka dni. Bił również mnie, a potem płakał. Nienawidził tego i nic nie potrafił z tym zrobić. Ja nauczyłam się żyć, dusić emocje i pokazywać światu zaradną Oleńkę. Nauka szła mi bardzo dobrze, siatkówka najlepsza zawodniczka w ataku, rozgrywce, biegi i przy tym byłam jak to mnie odbierano nie brzydką dziewczyną, dbałam o siebie, o dom , o to co inni nie powinni zauważyć, co można upiększyć. W wieku piętnastu lat poznałam mojego obecnego męża, zakochałam się i czułam, że ktoś mnie również pokochał, ktoś chciał wysłuchać i wesprzeć w moim cierpieniu. Tak byłam strasznie zakochana, pierwszy rok cudowny, potem pomału coraz dziwniej. On miał również ciężkie dzieciństwo, ojciec pił i go nie zauważał, pamiętam z jaką goryczą o tym często opowiadał. Za to miał cudowną matkę ,która odgrywała rolę dwa w jednym. Zaczął mnie unikać, koledzy zawsze wygrywali zemną, potem przerwa, cierpienie i kiedy pojawiał się ktoś koło mnie, on nie odpuszczał. Wiedziałam, że kocha mnie, gdy tylko się coś działo koło mnie, robił podchody i zawsze wygrywał. Był jedynym prawdziwym chłopakiem z innym mogłam się spotkać na lodach, już wiedział i był, na dyskotece, powracał jak bumerang. Tylko jak po jakimś czasie znów mnie zawodził, to z moim cierpieniem pozostawiał mnie samą sobie. I tak mijały nasze młode lata. Po skończonym liceum, musiała iść do pracy, aby wspomóc rodzinę. Po jakimś czasie , ludzie okoliczności sprawiły, że spróbowałam się w branży modelek. Ukończyłam kurs z najwyższymi notami i zaczęłam pracować jako modelka ku mojemu też wielkiemu zdziwieniu. To, że miałam 178 cm wzrostu, długie blond włosy i chyba ładną buźkę, tego wcześniej mi nikt nie mówił. Tata tak często mi powtarzał, że mam końskie kolana, nie wiedziałam co to znaczy, ale zawsze to powtarzałam i bałam się, że komisja również to zauważy. Dziś się z tego śmieję, ale tak to niestety było. I co dalej, wpadka zachodzę w ciąże, ślub z moim cudownym narzeczonym. I przysięgam sobie, stworzę cudowny dom, jestem silna, moje dzieci nigdy nie będą się mnie wstydzić, moje życie jakże będzie inne niż do tej pory. Zamieszkaliśmy u teściów, przyszła córka na świat, po dwóch latach syn. Mąż coraz częściej zaczął zaglądać do kieliszka, wybaczałam, palcem pogroziłam, ale wiedział, że do rodziców nie wrócę i po jakimś czasie znów w to samo wpadał. Może to wydać się dziwne, ale gdy nie pił pasowaliśmy do siebie jak dwa puzzle, wszystko grało, było idealne. Dbał o dzieci, troszczył się o mnie, pracował i nagle baaaach. Potem doszła marihuana. Mieszkając u teściów i mając w sumie jeden pokój na piętrze, a drugi dzieci na dole u teściów, kuchnie 1,5 metra na 1,5, zapragnęłam zbudować własny dom. Myślałam, że to go zmotywuje do pracy, że będzie ucieczką od jego słabości. Chcieliśmy sobie, dzieciom udowodnić, że jesteśmy wstanie tego dokonać. Zresztą piękny dom w którym wprowadzę ciepło ogniska domowego, to było moje marzenie od dzieciństwa. Budowa ruszyła, dom rósł, ale mój mąż zaczął ginąć. Znikać, zachowywać się coraz dziwniej. W końcu wiedziałam ,że na nim już nie ma co polegać, tylko zakasać rękawy i do roboty. Tak więc wykończenie całego domu, zaprojektowanie, malowanie, kładzenie podłóg pilnowanie innych brygad, stolarz, hydraulik. Chociaż pracowałam w biurze rachunkowym jako pomoc głównej księgowej, zrobiłam również roczną szkołę architektury wnętrz, kupowałam czasopisma, wszystko musiało wyglądać tak jak to ułożyłam w mojej głowie, wiele prac wykonywałam sama, aby się zmieścić w budźecie i co jest skończone, tylko w tym czasie mój mąż wpadł w totalne bagno. Nie byłam wstanie mu pomóc, bo sam przed sobą nie chciał w to uwierzyć, że jest mocno wciągnięty w narkotyki, alkohol skończył się, ale to nawet mnie złamała. Mam piękny dom, córkę koszykarkę, syna uwielbiającego wyczynowe rolki i ekstremalne jazdy na rowerze bmx i wspomnienia kiedy było co wspominać. Dziś córka w internacie w Polsce, syn zamknięty w pokoju, mąż uciekł, wyprowadził się i gdzieś tam cierpi katusze a ja gonię powietrze w tym moim wymarzonym pustym gniazdku i uświadamiam sobie, co się z tym wszystkim stało i gdzie teraz jestem. I tak wczoraj napisałam list do niego, list chyba też do siebie, tylko czy dam radę? Nigdy ,przenigdy nie będę robić już nic w brew twej woli, jak robiłam to do tej pory. To było chore, ciągłe naprawianie, na nowo budowanie i podnoszenie się jak Feniks z popiołu. Czuję się winna tej całej sytuacji, wychowana w domu rodzinnym w atmosferze przetrwania , pośród lejącej się wódki, braku wsparcia, miłości, pamiętasz jak stawałam na rzęsach, aby zawsze to wszystko jakoś przetrwać, trzymać fason. Jak to dla nas były bolesne lata, obydwoje nie mieliśmy cudownego dzieciństwa. Historie o twoim ojcu, dziś twój syn to samo przeżywa. Nauczyłam się żyć w strachu, bólu , odpowiedzialna za wszystko i wszystkich. To mnie zgubiło. Moi rodzice, ile podziwu słyszę od nich, jak to sobie radzę, jaka to jestem inna od nich, tak to ich największa zasługa, że przez te wszystkie lata byłam gotowa wszystko znosić, wszystko wybaczać, z wszystkim się zmierzać, bo życie to nie bajka, tak mnie nauczono. Nauczono mnie również chyba najgorszej rzeczy. Tak jak od dziecka martwiłam się o nich i mało co myślałam o sobie, tak w małżeństwie wszystko znosiłam, wybaczałam , zatraciłam się w tym wszystkim skupiając na walce o CIEBIE. Gdybym jakieś 15 lat temu, czy nawet jak spotykaliśmy się, umiałabym postawić granice i powiedzieć , DOśĆ, NIE ZGADZAM SIĘ , TAK BYĆ NIE MOŻE, TO NIE JEST WPORZąDKU może nie przechodzilibyśmy tego wszystkiego. Każdy wie na ile może sobie pozwolić wobec drugiej osoby, Ja byłam wstanie dużo wytrzymać, tak więc ty się zatracałeś, a ja jak ta mała dziewczynka, założyłam maskę twardej kobiety, która musi dbać o Ciebie, dom, dzieci i trzymać to w ryzach, KONTROLOWAĆ, NIE UFAĆ, NIE ŻąDAĆ, WYTRZYMYWAĆ. Dziś patrzę na to wszystko i co widzę. To wszystko co chciałam, żeby było tak inne jak moje dzieciństwo jest identyczne. Moje uczucia są identyczne. Co mi dał piękny dom o jakim marzyłam, samochód, dzieci które się mnie nie wstydzą, praca, bo takie były moje cele w życiu, kiedy czuję się strasznie nieszczęśliwa, samotna a serce mam pełne żaluuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu. Wiem teraz, czego naprawdę w tym wszystkim brakuje, aby te rzeczy miały sens istnienia. MIŁOśCI, PRAWDZIWEJ MIŁOśCI,MIŁOśCI popartej zaufaniem, szacunkiem, wsparciem. Nie tej o którą sama walczyłam, toksycznej, w której nie czułam się kochana, w której miałam obiekt do kochania do oddania się całkowicie, do poświęcenia, cierpienia, walczenia, udawania, odbudowywania i trzymania się jej, bo bez niej nie wyobrażałam sobie życia. To nie jest miłość, to przywiązanie, to poczucie bycia odpowiedzialnym za drugiego, to bycie KOBIETą KOCHAJąCą ZA BARDZO. Prawdziwa MIŁOśĆ. Nigdy jej nie zaznałam, nigdy nie czułam całkowitego spokoju, zawsze czułam pod skórą, zbliżające się czarne chmury i zawsze wszystko kontrolowałam, aby tego uniknąć, aby ten fundowany relaks trwał jeszcze moment, aby nabrać w płuca powietrza i znów się dusić w środku i strzymać kolejny kryzys. Gdybym umiała kochać siebie, Ty byś mnie też kochał tak jak ja chcę i nie przekroczył pewnych granic, nie dotarł tam gdzie jesteś. „Kobieta jest traktowana przez mężczyznę tak, jak sama na to pozwala. Jeśli z powodu deficytu miłości własnej nie ma szacunku do siebie, nie dostanie go od mężczyzny ” Wiem, że muszę nauczyć się życia na nowo. Koniec bezwzględnego dawania siebie, koniec odpowiadania za innych, pozwalania na zadawanie kolejnych ran. Chcę rozwodu, chcę wolności, poszukania samej siebie. Nasze dzieci może będą miały szanse swoje dorosłe życie ułożyć inaczej niż my, jak będziemy mogli im pokazać, że jesteśmy szczęśliwi. Proszę Cię nie próbuj zawracać mnie z tej drogi, bo tylko mnie bardziej pogrążysz. Napisałam Ci, że Cię KOCHAM, to jest szczera prawda, ale przez tą miłość moje życie jest takie smutne. Czuję jakby we mnie żyły dwie Ole. Jedna chce trwać w tym co zna od dziecka, która zgadza się na wszystko w imię poświęcenia dla Ciebie i ta druga która odkryła ,że życie może wyglądać całkiem inaczej, że czas aby w końcu ktoś się mną zaopiekował, pokochał całym sercem i dawał siebie i nie przekroczył nigdy tych granic które niszczą związek. Wiem co muszę zrobić, co chcę jeszcze przeżyć, o co powalczyć, aby się odciąć od tego ciężkiego łańcucha i poszukać szczęścia. Tobie również życzę tego. Spójrz w przeszłość, a zobaczysz z czym musisz się zmierzyć, czego ci brakowało, co powieliłeś w dorosłym życiu, czego pragniesz. Pamiętajmy jednak o naszych dzieciach, one nas potrzebują tak jak my potrzebowaliśmy naszych matek, ojców. Twoja matka tak utrapiona przez życie, niosła to wszystko, oddała siebie całą i mając 70 lat, nadal nie zaznała spokoju. Martwi się o CIEBIE, Żal ma do swojego męża i cały bagaż bólu jaki zebrała w swoim życiu. Spróbuj jej to wynagrodzić. Zawsze powtarzałeś, że dzieci nie potrzebują już nas tak jak kiedyś kiedy były małe. To nieprawda, one chcą być ważne dla nas, chcą być wysłuchane, czuć że je kochamy. Jeżeli zmienimy nasze życie , zmienimy ich przyszłość, nie powielą naszych błędów, nie staną w postaci KATA czy OFIARY, będą wiedzieć jak wygląda miłość, jak ją rozpoznać, przed czym uciekać, co pielęgnować. Ty i Ja jesteśmy ich nauczycielami. To nic , że mamy już prawie czterdzieści lat, możemy im pokazać, że w życiu nigdy nie wolno pielęgnować zła, trzeba walczyć iść do przodu pokonując wszelkie przeciwności losu. Odnajdźmy się w tej nowej rzeczywistości, postarajmy się nie stracić domu, dzieci i zrobić wszystko , aby się PODNIEśĆ I IśĆ DO PRZODU. I to tyle, nie wiem jak to się wszystko potoczy, czas pokaże, ale z pewnością, Czas na zmiany.

#2 2013-12-29
Anegdota
mis Popłakałam się.

#3 2013-12-29
Natalia
nie obwiniaj się to wogule nie jest twoja wina.

#4 2013-12-30
Piotr
Szacunek za siłę. Życzę ci abyś tej siły nie zagubiła - dzieci powinny ci pomóc. Musisz zbudować swój swiat od nowa. Nie ma innej rady. Wyjdź do ludzi. Pies podobno bardzo pomaga - pozwala cieszyć się teraźniejszością i nie myśleć o przyszłości w której nie dostrzegamy po rozwodzie nic dobrego. Banalne to wszystko ale cóż innego ci pozostało jak znowu nauczyć sie tego by cieszyć się swoim życiem? Żebym sam umiał realizować swoje rady - też byłbym szczęśliwszy :-)

#5 2013-12-30
Gdańszczanka
Piotr pisze: Szacunek za siłę. Życzę ci abyś tej siły nie zagubiła - dzieci powinny ci pomóc. Musisz zbudować swój swiat od nowa. Nie ma innej rady. Wyjdź do ludzi.

Problem w tym, że czasem już nie ma się siły budować po raz kolejny od nowa. I nie ma żadnej gwarancji, że to nowe będzie lepsze od starego. tulipan z postu wynika, że jesteś wartościową , dzielną kobietą. Może jednak warto przed ostateczną decyzją o rozstaniu spróbować jakoś uratować wasz związek. Tulipanku, piszesz,że gdy mąż nie pije pasujecie ( pasowaliście ?) do siebie jak dwa puzle. Wiem, że alkohol potrafi wszystko zniszczyć, żyjemy w szalonym kraju wódą płynącym, alkoholizm to nasz sport narodowy ale na szczęście są też miejsca , gdzie pomaga się najbliższym osób uzależnionym od alkoholu. Może powinnaś spróbować porozmawiać z terapeutą? Może nie wszystko jeszcze stracone.

#6 2013-12-30
Tulipan
tulipan

Witam serdecznie Dziękuję za miłe słowa. Tak Gdańszczanko masz rację, ale również ma rację Piotr, któremu także dziękuję . Wyjaśnię dlaczego. Mąż mój jak pisałam nie chciał się przyznać do swojego uzależnienia, a ja przypatrując się jemu uważnie, wiedziałam co w trawie piszczy, dostawał białej gorączki jak mu to jasno komunikowałam. I co zrobiłam, jak myślicie? Zaczęłam działać. Już dwa lata temu, kiedy wiedziałam, że zaczyna mieć problem, szukałam pomocy. Monar pierwsza instytucja, po pracy jeździłam 40 km, na spotkania grup, straszne rzeczy tam słyszałam i nie podobało mi się to, bo nie mogłam uwierzyć, że można tak nisko upaść. On pracował, w weekendy potrafił spać całą dobę, bo w tygodniu to były krótkie noce, przesiadywał do drugiej trzeciej w piwnicy i rano o szóstej był już w pracy. Chudszy coraz bardziej, uciekający przed nami, wiecznie kłamiący. Nie mogę o tym pisać, bo to jest zbyt bolesne, za świeże. Sęk w tym , że Gdańszczanko zrobiłam chyba wszystko. Rok temu, złapali go, był pod wpływem i posiadał narkotyki. Dostał wyrok w zawiasach, wszystko było czarno na białym. Rozmowa z nim i radość z rezultatu, podejmę terapię. Tylko dwa dni później, zwrot ,dam radę sam. Wiedziałam, że to złudne, ale w naszym kraju nie wyleczysz osoby z uzależnienia, bez jego zgody. Kochałam i co robiłam dalej? Dalej szukałam pomocy. Odważyłam się i uprzedziłam męża o krokach które podejmę jeżeli dobrowolnie nie pójdzie się leczyć,wyszukałam paragraf. Art. 71. 1. W razie skazania osoby uzależnionej za przestępstwo pozostające w związku z używaniem środka odurzającego lub substancji psychotropowej na kare pozbawienia wolności, której wykonanie warunkowo zawieszono, sad zobowiązuje skazanego do poddania się leczeniu lub rehabilitacji w zakładzie opieki zdrowotnej i oddaje go pod dozór wyznaczonej osoby, instytucji lub stowarzyszenia. Napisałam pozew do prokuratora, musiałam się ujawnić, ujawnić nasz problem, jakie to było ciężkie. Byłam już po spotkaniach z terapeutami, załatwiłam z marszu najlepszy ośrodek w Polsce, nie ukrywam ,że prokurator był pod wielkim wrażeniem mojej wiedzy i kroków jakie podjęłam. Niestety postepowanie było prowadzone w innym mieście, my tylko mogliśmy przekazać dokumentację. Wezwali go, dwóch biegłych w pięć minut oceniło jego stan. Wyrok, nie ma przesłanek do leczenia. Jego złość i powtarzanie ,że nie ma już żony jak mogłam mu to zrobić. Przestał regularnie partycypować w kosztach utrzymania, zaczęłam więcej pracować, aby nie być na minusie. To go dobijało, wysłałam dzieci na ferie do Londynu ,płaciłam rachunki, chodziłam regularnie na siłownię i zaczynałam uświadamiać sobie, że chyba daję radę. Wiele by pisać, naprawdę. Przez ten okres z narkotykami były chwile kiedy się naprawdę starał. Nazywał mnie zawsze, misia, pomagał w domu, interesował się dziećmi i ich zamiłowaniami ,a potem ostre awantury o nic, po prostu był w swoim transie. Wiedziałam, że to choroba, bo zawsze z szacunkiem się o mnie wyrażał, do dzisiaj to słyszę od znajomych, przyjaciół, wielu z nich nie może do dzisiaj uwierzyć jak to jest u nas naprawdę, a gdy ćpał to naprawdę nie powtórzę co wylewało się z jego ust w moją stronę. Słyszałam szepty, różne, że zwariowałam, że dobry chłop, ŻE TAKIE IDEALNE MAŁŻEŃSTWO, A TU TAKA FARSA. No cóż, w tym byłam najlepsza, pokazać wszystko w najlepszym świetle, w końcu kiedyś się tego nauczyłam, tylko teraz pękłam i po prostu nie wytrzymałam. Zresztą teraz już większość nic nie mówi, może co niektórzy , ona nie może zostawić go, on tego nie przeżyje, on może zrobić głupstwo, bo to naprawdę wartościowy człowiek kiedy kroczy jasną stroną życia. Stracił pracę, załamał się, pewnego dnia spakował i uciekł. Po prostu uciekł. Po miesiącu napisał email. Tyle chciałbym Ci powiedzieć, przepraszam nie mogę, nie jestem jeszcze gotowy. W sobotę pojawił się ,bardzo dobrze wyglądał, garnitur, fryzura, jego zapach. Nie miał odwagi wejść do mieszkania, zauważyłam światło, zeszłam i paraliż. Siedzi mój mąż, pięknie wyglądający, tylko z zapłakanymi oczami. Zapytałam, czy chce porozmawiać, prawie milcząco odpowiedział, że nie wie. Zapytał czy może zostać na noc, odpowiedziałam , że to nasz wspólny dom, zaczął płakać, poprosiłam aby przeczytał list, który ma na swojej skrzynce, rano z nim porozmawiam. Przygotowałam mu posłanie w salonie. Wszedł do mieszkania późną nocą, nie mógł spojrzeć dzieciom w oczy, dla nich napisał list na święta. Rano wstał, dziwnie się czułam, zaprosiłam do stołu,jak zawsze niedzielne śniadanie, jajecznica, grzanki, miód. Sam jadł, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. On w nocy przeczytał pewnie mój list, bo drżącym głosem podziękował za posłanie, śniadanie i tak pięknie wyglądający wyszedł. Odchorowałam to całą niedzielę, ale go nie zatrzymałam. Nie mam sił walczyć o niego Gdańszczanko. A dla Piotra, jutro planuję długi spacer. Chcę jednak rozwodu. BOLI jak to piszę o sobie wpajam, ale oswoję się z tym i będzie tylko lepiej. Pozdrawiam cieplutko. Czasami człowiek musi inaczej się udusi. Lepiej jest mi jak mogę to gdzieś oddać, gdzieś w eter wyrzucić. To też nowe doświadczenie pisać z kimś kogo się nie zna, ale to chyba tak jakby człowiek prowadził ze sobą dialog i wsłuchiwał się w głos swój i innych życzliwych ludzi. Sorki za nieład w pisowni.

#7 2013-12-31
Gdańszczanka
Tulipanku, ta Twoja historia....Taka przeraźliwie znajoma. Jesteś dzielną osobą, nie zrozum mnie źle, nie chcę mieszać Ci w głowie. I doskonale Cię rozumiem. Parę lat temu też podjęłam podobną do Ciebie decyzję. Nie, nie było przemocy fizycznej, nie było awantur, nigdy nie słyszałam pod swoim adresem wyzwisk ale każdego dnia musiałam patrzeć na degrangoladę człowieka, który z upływem lat już nie tylko, że pił z kim popadnie, w domu potrafił jedynie bełkotać bez składu i ładu, godzinami gadał albo sam ze sobą albo wrzeszczał na telewizor ...ale też coraz częściej zwyczajnie zapominał co i gdzie robi, wychodził z domu zostawiając otwarte mieszkanie, albo spraszał śmierdzących pijaków do domu na wódkę. Jakiś horror, sen wariata , nie ma sensu opisywać. Dla mnie było oczywiste ,że tak być dalej nie może, to nie był mój świat. Nie, nie załatwiałam mu odwyków ale on też nie chciał się leczyć i to zaważyło o rozstaniu. Pierwsze tygodnie po tym jak go "wyprowadziłam z domu" to była niewypowiedziana ulga, z czasem zniknęły moje napady paniki i bezsenność. Jednocześnie to rozstanie , ta sytuacja spowodowały ,że bardzo zamknęłam się na ludzi, poczułam wokół siebie ogromną pustkę, wypalenie... Ja wtedy nie poszłam na terapię, uważałam że jestem silną kobietą , teraz mam świadomość, że takie myślenie to był mój wielki błąd, przypłaciłam tę cała sytuację głęboką depresją.... Niezależnie od tego, jak się wasze losy potoczą - zapewnij sobie w tym trudnym czasie pomoc psychologa, może terapię grupową. Fajnie, że są z Tobą dzieci ale one nie zastąpią Ci fachowej pomocy, pomocy kogoś niezaangażowanego osobiście, kogoś kto spojrzy na wszystko z boku. Życzę Ci Tulipanku dużo siły, wytrwałości i pogody ducha. Jak dopadną Cię dołki wpadnij do nas wyżalić się na forum, a o dobrych rzeczach, które Cię spotkały też napisz . Aaaa, słyszałam od koleżanek o relaksacyjnym masażu...miodem - ponoć super działa, jak już sobie zafunduję , to się podzielę wrażeniami, w końcu trochę przyjemności nam się należy.... A może inni forumowicze zdradzą swoje metody sprawdzone metody na dołki ? Ciepło pozdrawiam, jeszcze w starym roku.

#8 2013-12-31
Taki-wiatr
Piszesz, że Ty też jesteś uzależniona, a czy nie uważasz że po takim dzieciństwie potrzebujesz terapii? Bo może w relacjach z mężem nie potrafiłaś okazać mu czułości, może nie czuł się potrzebny skoro Ty jesteś taka silna, tak wspaniale sobie ze wszystkim dajesz radę? Nigdzie nie piszesz, że płakałaś, być może uważasz to za luksus, na który nie możesz sobie pozwolić? Lepiej czasem się wypłakać niż żyć w ciągłym napięciu. A jakie masz relacje z dziećmi, czy jesteś wobec nich szczera czy też "trzymasz fason"? Czy rozumieją co się dzieje z Tobą i z ich ojcem? Pozdrawiam Cię serdecznie!

#9 2013-12-31
Iryd
Tulipan napisała:
No cóż, w tym byłam najlepsza, pokazać wszystko w najlepszym świetle, w końcu kiedyś się tego nauczyłam,

Przeczytałem Twoja historię w tę sylwestrowy wieczór i przede wszystkim życzę Ci by nowy rok był dla Ciebie lepszy, szczęśliwszy, To wyrwane z Twojego listu zdanie ma chyba dla mnie szczególny sens. Pisze o tym taki-wiatr, też bym spytał o to.

Taki-wiatr napisała:
A jakie masz relacje z dziećmi, czy jesteś wobec nich szczera czy też "trzymasz fason"?

Przejmujemy bagaż po rodzicach. Jak Twój mąż jakoś tam powiela zachowanie jego ojca, lub przez zaprzeczenie. Nie będę miała takiego życia jak moi rodzice, w Twoim przypadku. Nazwałbym to pokoleniowy łańcuch błędów życia. Piszesz tak pięknie, ze zrozumieniem Siebie i rzeczy, które Cię spotkały i wpłynęły na Twoje życie. Myślę, że radzenie Ci czegoś przeze mnie nie wiele Ci wniesie. Przypuszczam nawet (może się mylę), że nawet nie o radę Ci chodzi, bardziej o zrozumienie, o możliwość powiedzenia komuś tego co w sercu Twoim tkwi. Sama to wiesz ale chcesz usłyszeć, zrobiłam wszystko co było możliwe. I wiesz, że to usłyszysz, bo wiesz, że to prawda. Rad na pewno masz cały worek. Usłyszałaś je pewnie kontaktując się z ludźmi, którzy się tym zajmują na co dzień. Sama potrafisz wybrać, które rady są dla Ciebie dobre, do zastosowania. Twoja historia jest zbędnym dowodem losu, że alkoholizm (narkotyki) niszczy ludzi, rodziny i dzieci. Nie jest problemem tylko pijącego i tylko jego pokolenia. Nie potrzebny nam ten dowód. Niepotrzebnie los tak okrutnie zabawił się życiem, tak mądrej kobiety. Z tego co ja wiem, ale nie jestem specjalistą od terapii, taki ktoś jak Twój mąż, musi upaść na samo dno, by się podnieść. Choć chyba wszystkim się to nie udaj zostają tak do żałosnego końca. Jest takie powiedzenie „nie wystarczy kochać ludzi, trzeba sprawić, by oni pokochali nas” chyba zgodnie z nim postępowałaś. Zapominając, że trzeba też kochaś siebie. Chyba nadszedł czas byś Pokochała Siebie. KOCHAJ SIEBIE to moje życzenie dla Ciebie w nowym roku.

#10 2013-12-31
Tulipan
Iryd dziękuję za zrozumienie, trafiłeś w samą dziesiątkę, chyba nie szukam rad, bo tak jak pisałeś mam ich cały wórrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. Przyznaję, że traktuję to jako autoterapię. Czuję, że moje emocje muszę gdzieś przelać, coś ogłosić światu. Kochani piszecie Szacunek za odwagę Dziękuję, ale szacunek to słowo nie na dziś, bo jest postanowienie które, trzeba jeszcze zrealizować. Chyba dlatego tu jestem, ,bo czuję się dziś słaba, czuję, że żyję, ale jakoś uleciała ze mnie energia. Internet, aż kipi złotymi myślami, filmami motywacyjnymi, tylko problem w tym na ile się zmusimy, aby pracować nad realizacją tego. Boję się, płacz jest mi znajomy, ale nocą, nienawidzę się kiedy przychodzi mi do głowy myśl. NIE DAM RADY. Dzieci moje, czytając to co pisałam, wiedziałam, że ktoś zapyta o nie. Bo faktycznie prawie nic o nich nie napisałam, a one są mi najbliższe. Córka, ciężko otwiera się na nowe znajomości, nie wierząca w siebie, często niezadowolona z siebie, za to bardzo poukładana. Syn, towarzyski, ma swoje zainteresowania, pasję, gorzej z nauką, zawsze słyszę na wywiadówkach daje może z siebie 20%, stać go na więcej. Relacje moje z nimi, są ciepłe, ale to one mówią mi, mama rozwiedź się. To córka dwa miesiące temu otworzyła mi szerzej oczy(ma 16 lat),wręcz wykrzyczała, że jak mogę tak żyć, że żyli na bombie zegarowej przez wiele lat, że nienawidzi jak tacie wybaczam. Cytuję: Tak chcesz przeżyć całe swoje życie? Poczułam się jakbym to ja była córką, a ona matką. Bo ma rację. Syn (14 lat) dziś nawet to mnie zaskoczył, wróciłam z pracy, bo jak wiadomo w księgowości na koniec roku dużo pracy, powiedział, że mam dziś wyjść do ludzi, jechać do Gdyni, bawić się bo cytuję. Poznasz może kogoś, jak możesz siedzieć sama w sylwestra? Tak, ale ja dziś chyba czuję się najlepiej właśnie sama, tu, z wami. Zastanawiam się tylko, czy oni faktycznie tak myślą, czy to jest tylko impuls. Przecież to jest ich ojciec, a ja z innym mężczyzną ? Dużo z nimi rozmawiam , nie są już małe, bardzo świadome tego wszystkiego. Ich dzieciństwo starałam się koloryzować, przez wiele lat czytałam im bajki, śpiewałam harcerskie piosenki przed snem, dziś spiewa je moja córka i cieszy mnie to, że pamięta, a przecież miała 5-7lat.święta uwielbiają je, magiczne, ciepłe, rodzinne, mąż jakoś w tym czasie zawsze trzymał fason. Tak byłam przy nich i jestem to chyba mi się udało, zresztą nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Córka najlepsza uczennica w klasie, bardzo dobra koszykarka, poukładana, zawiedziona ,że jeszcze nie ma chłopaka. Syn indywidualista, jak się czymś zainteresuje to wchodzi w to na 100%, tylko teraz niepokoję się bo dość dużo czasu przesiaduje przy komputerze. Z dziećmi rozmawiam częściej co u nich, podpowiadam, wspieram, nie lubię rozmawiać o mężu, choć czasem tego nie jestem wstanie uniknąć, bo są bardzo krytyczne. Mówi się, że dzieci pokazują nam nasze błędy. Zgadzam się z tym. Gdzieś popełniłam błędy, że córka ciągle czuje, ze nie jest dość dobra i bardzo krytyczna wobec siebie, chciałabym jej pomóc, ale nie wiem jak. To może tyle kochani. Moje dzieci mnie wspierają, a ja je bardzo kocham. A wam wszystkim kochani życzę w ten magiczny wieczór, aby kolejny rok był bardziej kolorowy. Dużo radości, ciepła i wytrwania w osiąganiu celów. I znów jest mi trochę lepiej, nie jestem sama. Dziękuję za posty, dużo dla mnie dziś znaczą.

#11 2014-01-01
Vici
Witaj Tulipanie. Po przeczytaniu Twojego postu naszła mnie refleksja i chęć podzielenia się swoimi spostrzeżeniami. Twoja historia przypomina mi mój były związek i na nim będę bazować. Jeszcze kilka lat temu moje emocje zwiazane z nim były zupełnie inne, 2 letnia terapia pozwoliła mi zrozumieć wiele rzeczy, dostrzec wiele błędów, które nie tylko popełniał mój były partner ale również ja, wziąć część odpowiedzialności również na siebie. Na początku było to dla mnie chyba niedozaakceptowania, myślę, że m.in z tego powodu część osób zaprzestaje uczęszczać na zajęcia, bo nie potrafią zmierzyć się z prawdziwym obrazem siebie, związku, wolą tkwić w iluzji, mając już zbudowany obraz, gdzie rola kozła ofiarnego jest już dawno przdzielona temu jednemu, jest "ustalony porządek" hierarchia i wszystko jest czarne albo białe. Również podobnie jak Ty, byłam tą nadgorliwą, lepiej radzącą sobie z problemami, życiem, kobieta i facet zarazem... Czasami to co nam się wydaje za słuszne i prawe, może dla innych być raniące. Nieświadomie w imię "dobra" również możemy kogoś zabijać na raty, wpędzać w bagno jakim jest np. wyuczona bezradność. Ktoś przyjmuje na siebie rolę bohatera a ktoś musi pogodzić się z okrzykniętym "kozłem ofiarnym", przez którego dzieje się źle i tylko on jest temu winien, zapewne czuje się jak ktoś przeklęty, zepchnięty na margines życia rodzinnego. Prawda dla wielu ludzi jest bolesna, ale oczyszcza, potrafimy dzięki niej zrozumieć lepiej siebie i innych, ja odnalazłam ją na terapii. Pozdrawiam.

#12 2014-01-01
Tulipan
Witaj Vici słyszałam o terapii DDA, która chyba byłaby idealna dla mnie, bo spotkałam się z ludźmi, którzy mi ją proponowali. Nie ukrywam, że wtedy myślałam, że zgłupieli. Przecież to mojemu mężowi jest potrzebna terapia, a oni chcą mnie leczyć. Przecież ja to wszystko trzymam i jeszcze im mało. Czyżby ktoś miał mi coś do zarzucenia po tym wszystkim co przeszłam ? Mój post Wędrówka w głąb siebie. Jestem uzależniona, nie tylko ON. To moment kiedy przeanalizowałam siebie i masz rację, terapia dla mnie jest chyba konieczna. Mam prośbę, proszę napisz mi o co chodzi w tej terapii. W mojej miejscowości na pewno nie ma takiej terapii, ale w trójmieście zapewne tak. Trochę czytałam na temat współuzależnienia, słuchałam audycji o DDA, na youtube "ZOSTAW WIADOMOśĆ". Co tobie uświadomiła terapia? Co się zmieniło w twoim życiu? Pozdrawiam i czekam na twój post.

#13 2014-01-01
Dyskretna
jesteś mądrą i silną kobietą wysyłam w Twoim kierunku dobrą energię w postaci mojej myśli smile No pain, no gain.

#14 2014-01-01
Vici
Uczęszczałam na terapię współuzależnień. Główny bodziec był szukanie pomocy dla partnera i troska o jego zdrowie. Początki są trudne, ponieważ ogólnie każda terapia wymaga dużej pracy nad sobą, często zmiany toku myślenia, przewartosciowaniu wielu spraw. Bardzo ważny jest czas, który trzeba sobie dać aby zobaczyć swoje życie z trochę innej perspektywy.Pewne rzeczy zobaczymy i zrozumiemy dopiero po pewnym czasie. Dzieki terapii nabyłam dużej wiedzy odnośnie tego czym jest samo uzależnienie i współuzależnienie, jak powinny wyglądać zdrowe relacje tak w związku jak i rodzinie, jak dużą rolę odgrywa otwarta komunikacja i wiele innych cennych informacji bardzo potrzebnych w życiu tak naprawdę dla każdego człowieka. Terapia to również rozwój duchowy i emocjonalny, stałam się dojrzalszą osobą, bardziej świadomą siebie i tego w jaki sposób moja osoba oddziałowuje na innych ludzi. Każde uzależnienie nie jest ani słabością ani grzechem jest ciężką chorobą duszy i ciała. Bardzo ważną wbrew pozorom rzeczą jest edukacja najbliższego otoczenia aby tej osobie "pomagając" nie zaszkodzić jeszcze bardziej a i siebie nie pogrzebać za życia w bezcelowej walce nie mając " odpowednich narzędzi i wiedzy" w walce z tą chorobą.

#15 2014-01-01
Tulipan
DZIĘKUJE VICI I POZDRAWIAM.

#16 2014-01-01
Vici
Wszystkiego dobrego smile pozdrawiam

#17 2014-01-01
Iryd
Nie pomyśl, że moje pytanie o dzieci oznaczało czy dobrze je traktujesz? Zbyt wiele przeszłaś byś mogła źle je traktować. Chcę Ci napisać co czuję czytając Twoje listy. Listy do siebie, bo przecież do siebie piszesz, choć chcesz, by ktoś je przeczytał. Ale uczucia bywają bardzo zawodne, ławo o odczucia żalu i współczucia ale nie o tym myślę. Myślę o uczuciach, które są lekkie jak piórko, bo może nie ma w nich odrobiny prawdy, są tylko złudą i mirażem. Można je, jak piórko trzymane w dłoni jednym dmuchnięciem posłać w niebyt. Jeśli uznasz, że w moich słowach nie ma prawdy. To zrób to, poślij je w niebyt i wybacz, że były. Mała dziewczyna chodzi na palcach, wspina się po to, co inni mają u stóp. Za wcześnie musiała być dorosła. Za duży ciężar musiała nieść. Jesteś dla mnie jak Mała Baletnica tańcząc na palcach stara się uratować całe przedstawienie, by widzowie się nie zorientowali, że to tylko balet a cała prawda jest za kulisami. Brzydka prawda. Smutna prawda. Czy można być w pełni dorosłym jeśli do końca nie było się dzieckiem? śmieszne pytanie, wobec kogoś kto wychowuje dzieci, postawił dom, sprawdza się w pracy. A ja czuję, że Twoja „Wędrówka w głąb siebie” może być wędrówką wstecz, do dziewczynki z przed lat, Małej Baletnicy, która wciąż w Tobie jest. Ucieczka z teatru strachu w domu dzieciństwa w małżeństwo nie do końca się udała. Wzięłaś coś czego nie chciałaś, coś czego zakochana, szczęśliwa po prostu nie widziałaś. Może gdyby Twoje życie potoczyło się inaczej, nigdy byś tego nie zauważyła. Ale jest jak jest, zdarzyło się. Nie wiem czy to przypadek, że piszesz to w sylwestra? Czy znaczy to, że w nowy rok chcesz wejść w nowe życie. Może chcesz z dobrą decyzja zacząć ten rok. Chcesz posłuchać dzieci, podpowiadających byś się rozwiodła. Chcesz ukoić Małą Baletnicę w jej płaczu ze zmęczenia, bo ile można tańczyć na palcach? Ile można się uśmiechać? Nie wystarczą jej brawa rodziców, siedzących na widowni, mówiących „że wyszłaś na ludzi”. Ona chce by ktoś jej pomógł. Wziął w ramiona i powiedział: "możesz usiąść, odpocząć. Ja dokończę za Ciebie ale i dla Ciebie". Chcesz by ktoś zaprosił Cię do tańca i razem dokończył ten taniec Małej Baletnicy. Ale kto ma to zrobić ? Podziwiam Cię za odwagę. Tu na forum jest dużo odważnych kobiet. Z Twoich słów odbieram Twojego męża, jako wrażliwego ale zagubionego i zniszczonego nałogami człowieka. Bałbym się dać mu taki list. Przecież on nic innego nie znaczy niż to, „że zniszczyłeś moje życie”. Bałbym się, że ten list to dla niego jak samobójcy wyrok. Ale Ty go znasz, nie ja. Może nie ma takiego zagrożenia.

WYBÓR

Lepszy wybór, poparty nawet zdaniem dzieci, że czas na rozwód. Myślę, że nie masz dobrego wyboru gdybyś się rozwiodła wcześniej. Dzieci miałyby pewnie pretensje do Ciebie o brak ojca. Dziś gdy widzą, że i tak go nie mają, to rozwód jest dla nich prostym wyjściem z sytuacji. Tak naprawdę gdzieś tam w ich podświadomości i Ty będziesz trochę winna a czym to się stanie w ich życiu? Kto to wie? Oby niczym ważnym. O to pytałem poprzednio, pytając o dzieci. Co oni zabiorą ze sobą z domu, w wędrówkę przez życie. W Twoim opisie córki, dostrzegam ślad Małej Baletnicy. Jak znamię przekazywane w genach. Nie traktował bym tego wyboru jak ostateczność. Może to koniec małżeństwa ale może nie koniec miłości. Może to również szansa dla niego. Rozwód to nie morderstwo. To tylko przekreślenie pewnej sytuacji a nie człowieka, jako takiego. A może wszystko inaczej się potoczy. Ty znajdziesz kogoś i ułożysz Sobie nowe, szczęśliwe życie. On jakoś się pozbiera. Nawet dobrze byłoby gdyby los Ci wynagrodził krzywdy, ale czy los jest sprawiedliwy. Ja Ci tego życzę ale czy moje słowa mają jakąś moc sprawczą ? Obawiam się, że nie.
Poza sporem jest to, że osoby pozostające w długotrwałym zawiasku z osobą uzależnioną same wymagają terapii. Tak jak osoby z rodzin uzależnionych. I Tobie jest ona potrzebna. Ja tylko piszę o samoświadomości problemu. Ułatwi ona zrozumienie i przejście przez terapię, bo myślę, że Mała Baletnica coraz bardzie upomina się o swoje. Coraz trudniej jest Ci powstrzymać jej krzyk i płacz. Może czas zaprzyjaźnić się z nią. Pozwól dziecku dorosnąć a może wtedy tej dorosłej kobiecie będzie łatwiej żyć.

To tylko słowa rzucone na wiatr
Może w nich nie ma żadnej prawdy o Tobie
Pisałem tylko to co czuję
Nie płacz Mała Baletnico
świat nie pragnie Twoich łez
Nie bądź dzielna, zaradna
Jesteś tylko dzieckiem
Masz prawo do błędu
Masz prawo bawić się tym
Co inni nazywają życiem

#18 2014-01-01
Kulegunda
Czytając twój post to tak jak bym czytała o sobie. Tylko ja tak trwałam przez trzydzieści lat, dziś jestem pełna lęku bólu i złości. Wiem na pewno to już koniec chcę rozwodu ,teraz czas zadbać o siebie. pozdrawiam

#19 2014-01-01
Tulipan
To tylko słowa rzucone na wiatr Może w nich nie ma żadnej prawdy o Tobie Pisałem tylko to co czuję Nie płacz Mała Baletnico świat nie pragnie Twoich łez Nie bądź dzielna, zaradna Jesteś tylko dzieckiem Masz prawo do błędu Masz prawo bawić się tym Co inni nazywają życiem[

Nie jestem nawet wstanie nic teraz pisać, wzruszyłam się, dodam tylko , twoje słowa: Może w nich nie ma żadnej prawdy o Tobie Pisałem tylko to co czuję

Wiesz co, nie wiem jak to nawet ująć w słowa, ale to jak piszesz, sprawia, że nic nie dzieje się bez przyczyny, miałam tu trafić, wypłakać się i spotkać naprawdę wartościowych ludzi. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy to co napisałeś, będę do tego wracać.

DZIĘKUJĘ CI Iryd.

Ps. Jutro tu wrócę.

#20 2014-01-02
Taki-wiatr
Najbardziej mi zaimponowałaś swoimi dziećmi, z tego co piszesz widać, że czują się kochane i Cię kochają. Możesz być z nich naprawdę dumna. Może warto je częściej chwalić, skoro piszesz, że córka jest "nie wierząca w siebie, często niezadowolona z siebie"?

#21 2014-01-02
Tulipan
Witajcie drodzy chwilka dla siebie i gdzie jestem? Tu. Przepraszam ,że nie odpisuję na każdy post, który kierujecie do mnie, ale bardzo dziękuję bo wiem, Kiedy ktoś poświęca Ci czas, pamiętaj, że daje Ci coś, czego nigdy nie odzyska. Mam dylemat z tą moją wędrówką, trochę się zagubiłam. Chcę się podzielić moimi rozterkami. Może pisząc to, otworzy się jakaś nowa myśl. Wrócił, tak wrócił jak zawsze wracał. Wiedziałam, że tak będzie i miałam plan, plan wobec niego. W końcu postawię na Siebie, bo jak pisałam wcześniej, to mnie niszczy. Chcę trwać w tym, czuję jak nigdy nie czułam. Jestem gotowa odejść, zrealizować mój plan. Każdy w końcu odpowiada sam za swoje życie. Pojawiły się rozterki. Do czego zmierzam, Iryd pisze, Z Twoich słów odbieram Twojego męża, jako wrażliwego ale zagubionego i zniszczonego nałogami człowieka. Bałbym się dać mu taki list. Przecież on nic innego nie znaczy niż to, „że zniszczyłeś moje życie”. Bałbym się, że ten list to dla niego jak samobójcy wyrok. Ale Ty go znasz, nie ja. Może nie ma takiego zagrożenia. Starałam się, napisać go w taki sposób, aby nie dotykać ran, nie wracać do złych wspomnień, ale chyba w delikatny sposób w końcu się określić. W głowie miałam mętlik, jak go odbierze, jak się zachowa, ale musiałam mu to powiedzieć. Odpisał, że jest gotowy porozmawiać i pojawił się. W ten wieczór sylwestrowy. Tego wieczoru mogłam mu spojrzeć głęboko w oczy, bo przez ostanie półtora miesiąca, był gdzieś tam, gdzie chyba męczył się sam ze sobą. Rozmawiamy, choć rozmowa kompletnie się nie klei. W głowie wiruje tysiąc myśli, bo znam go 24 lata, mówię daj mi odejść, daj odpocząć, chcę żyć inaczej i widzę, że dalej mówić już nie mogę. On każde zdanie zaczyna od słowa przepraszam, zwraca się do mnie Minia, denerwuje mnie tym. Widzę łzy, przyglądam się i dostrzegam jakieś pięć kilogramów mniej w nim, ogromny ból na twarzy, jakąś niemoc, zmęczenie. Przestraszyłam się , przestałam mówić, zamilkłam, bo cóż dostrzegłam ogromną depresję. Zobaczyłam nie koniec nas, ale koniec jego. Nie bierze, jest czysty, ale potwornie zmęczony. Odłożyłam temat na później, siedzieliśmy tak w milczeniu, on z łzami szczęścia, że jest w domu, ja w środku rozdarta, bo nie potrafiąca być obojętna na jego ból, a zarazem czująca dziwną obcość. Wybiła północ, wstaliśmy, chwyciłam go za dłoń i złożyłam mu życzenia. Życzę ci przede wszystkim zdrowia i abyś w końcu się odnalazł. Zawstydzony, skrępowany, drżącym głosem odpowiedział, oby ten rok dla ciebie był łaskawszy, szczęśliwszy. Zero ścisków, tylko czuć było w nas ogromny smutek. Potem przyszedł sen, a z nim myśli, co teraz, nie mogę się cofnąć, jak żyć z nim teraz pod jednym dachem, gdzie ja znów jestem. Przyszedł nad ranem do sypialni i położył się na krawędzi łóżka. Szlochał i kręcił się, nie chciałam tu jego, ale liczyłam, że może uda się nam w końcu zasnąć. I tak leżeliśmy, nie udało się zaznać spokojnego snu. Ja z myślami, co robisz dziewczyno, on stęskniony za mną. W nowy rok szukał miejsca w domu, starał się odnaleźć, próbował rozmawiać z dziećmi, ale one bardziej krytyczne niż ja, odpowiadały zdawkowo, krótko i kończyły. Wieczorem zeszłam do pralni, a on tam siedział i znów płakał. Muszę Ci coś powiedzieć powiedział, Czuję, że rozmawiasz zemną z litości, nie zniosę tego. Odpowiedziałam musisz się wziąć w garść, musisz iść do lekarza, nie myśl o mnie, zacznij myśleć i troszczyć się o siebie, to zdejmiesz ze mnie ten balast. Nie potrafimy przed sobą ukryć emocji, jesteś dla mnie trzecim dzieckiem, który nie chce dorosnąć i odpowiadać sam za swoje życie. Tak jest mi Cię żal. Minęła kolejna noc, on w salonie, ja w sypialni i rozmyślam jak się tu odnaleźć. Może przesunę złożenie wniosku o jakiś miesiąc, dwa, kiedy będzie po terapii, kiedy będzie mocniejszy. Jestem silna i czuję wewnętrzną potrzebę zmiany. Chcę nadal rozwodu, nie dałam mu nadziei , ale może ten czas, da mu siłę, aby odbić od dna i pozwoli mi odejść, bo jest gotowy podjąć prace nad sobą, czuje moje myśli doskonale , czuje, że jestem gotowa zmienić swój świat. Czy myślę dobrze, nie wiem, Czy robię dobrze? czas pokarze, Czy nadal chcę się odnaleźć ? myślę, że jestem już w drodze do spotkania się z dziewczynką, o której zapomniałam i zatroszczenia się o nią.

#22 2014-01-02
Iryd
Jeśli pozwolisz odpiszę na Twój post ale pewnie dopiero jutro go zamieszczę, bo nie w pośpiechu jest sens.

#23 2014-01-03
Iryd
mis Nie w pospiechu jest życia sens. Zawsze chcemy dokonywać dobrych wyborów. Ale nie mamy możliwości, tak naprawdę, sprawdzić czy nasz wybór był słuszny. Zrobiliśmy jedno. Jesteśmy zadowoleni z efektu ale nikt nam nie odpowie co by było, gdybyśmy zrobili inaczej. Może byłoby jeszcze lepiej i ten nasz niby trafny wybór, jest raczej niezbyt trafny. Musielibyśmy żyć dwa razy by to sprawdzić, a tego się nie da. Trudno czasem decydować o sobie a co dopiero o drugim człowieku. Niby musimy decydować za dzieci ale ja staram się bardzo dobrze poznać chęci córki. Tylko ukierunkowuję jej wybory do dopuszczanych norm. A choć potrafi być grzeczna to wyobraźni jej nie brakuje. Staram się tylko jak najmniej w niej zepsuć. Ale czy to człowiek potrafi? Jak obsługa drugiego człowieka jest taka skomplikowana i jeszcze ten co ją pisał, to nie wiem czy sam się na tym dobrze znał. Poczekanie z decyzją może rzucić więcej światła na sprawy ale obawiam się, że poszukując straconego czasu, możesz znaleźć tylko czas zmarnowany.

Ale nie po to dziś przyszedłem. Chciałem wziąć Małą Baletnicę na loda. Na spacer do parku, nad rzekę. Gdzie czas płynie jak woda. Gdzie misiu bez ucha i lalka zbyt długa… Gdzie dziecko… którego ktoś słucha. Jak zechcesz to podasz nam ręce . Weźmiemy dziewczynkę za dłonie. Niech wie, że dziś ją ochronię. Jak zechce niech biegnie przodem. Nie szkodzi, że się przewróci. Podarta czy brudna sukienka? Ten drobiazg niech jej nie smuci. Nie ona jest ważna lecz TY. Opowiedz nam Swoją piosenkę. Zapomnij podartą sukienkę. Refren jej trochę już znamy. Ale nie o to pytamy. Opowiedz nam Swoje marzenia. Te małe, dziecięce. O wstążce co miała zmienić się w tęczę. O wiośnie co przyjść nigdy nie chciała, choć tak bardzo na nią czekałaś. O różczce co miała świat Twój odmienić, choć nigdy nie chciał się zmienić. Opowiedz nam Swoją piosenkę. Czas płynie jak woda. Tak trudno, w miniony, coś dodać. Marzenia, pragnienia uciekły. Urwane ucho u misia, już dziś nie do przyszycia. A może taki miał być, nasz smutny, kochany miś. Ta przeszłość, zamienia się w dziś.

Tu wcześniej na forum pisałem

Nie jestem księgą do czytania Ani wykładem do słuchania Ja tylko ramki układam koślawe Każdy wstawi w nie to co zechce Jeden dumę, zadęcie i sławę Inny tylko gorące serce

Nie czytaj słów które piszę, nie szukaj w nich prawdy o Sobie Przecież te moje słowa, to są te ramki koślawe Wstaw w nie Swe serce gorące Czytaj smutek, pamięć, wspomnienie Żal, radość, Twoje wzruszenie Czytaj w nich Swoje uczucia Czytaj w nich własne serce W nim szukaj prawdy o Sobie Ono Ci wszystko podpowie Spróbuj odczytać Siebie Pomiń me ramki koślawe One nie mają znaczenia Nie one stanowią sprawę.

Lody na buzi dziewczynki, różne dziecięce minki. Niech będzie to dla niej wycieczka a nie kolejna ucieczka.

#24 2014-01-03
Tulipan
Wiem, że powinnam być bardziej wdzięczna Wdzięczna za wszystko co mam I wiem, że powinnam być mniej zdołowana Ale niestety jestem tylko człowiekiem

Jedyne co wiem, to że nie chce tego już więcej Przeżyć życie, które zmierza do nikąd. Są dni kiedy chciałabym być kimś innym Dni kiedy walczę ze sobą Są dni kiedy chciałabym być znowu dzieckiem A czasem dni, które chciałabym żeby nie istniały Dni, kiedy chciałabym nie żyć. Mężu Cofnij się, trzymaj się z dala ode mnie czy nie możesz uszanować, że potrzebuję tylko spokoju? W te dni jestem zbyt słaba by zrozumieć W te dni myślę tylko o sobie Nie chce o tym rozmawiać Bo są nowe myśli , na których zrozumienie nie liczę. Cisza pomiędzy, pozwoli ci zrozumieć co mam na myśli Za każdym razem kiedy próbuję uciec Modlę się do Boga by nie pozwolił mi oszukiwać I oddalił moje wątpliwości. Nie wiem jak będzie, chcę byś puścił moją rękę i pozwolił odejść, pozwolił zapomnieć. Pozwolił podróżować po górach, starych miastach Chorwacji które pokochałam, ale samej. Zamierzam złapać pociąg w kierunku słońca Potrzebuję trochę spokoju, potrzebuję zejść z tej szalonej sceny. Potrzebuję poczuć się żywa i pozwolić aby światło oraz nadzieja powróciły do mojego serca. Zamierzam zgasnąć, uciec nocą, objąć dzień. Zamierzam przewrócić stronę, na nowo napisać historię, przełamać wszystkie zaklęcia I SZUKAĆ W ŻYCIU MOJEGO SZCZĘśCIA. Iryd pisze:

Nie po to dziś przyszedłem. Chciałem wziąć Małą Baletnicę na loda. Na spacer do parku, nad rzekę. Gdzie czas płynie jak woda. Gdzie misiu bez ucha i lalka zbyt długa… Gdzie dziecko… którego ktoś słucha. Jak zechcesz to podasz nam ręce . Weźmiemy dziewczynkę za dłonie. Niech wie, że dziś ją ochronię. Jak zechce niech biegnie przodem. Nie szkodzi, że się przewróci. Podarta czy brudna sukienka? Ten drobiazg niech jej nie smuci. Nie ona jest ważna lecz TY.

Kiedyś, kiedy będę gotowa na ten spacer, będę pamiętać, że ktoś mi już tę bajkę opowiedział.

Dziękuję tym, co mnie tak dobrze rozumieją i tym dla których wydaję się dziwna, niezrozumiała, pewnie też mają rację. Bo każda opowiedziana historia będzie miała swoich przeciwników i zwolenników, ale nie o to tu chodzi, to jest moja historia, tylko moja, prawdziwa, dla której szukam szczęśliwego zakończenia, w której szukam siebie, która czasem zostaje dopowiedziana tak pięknie przez was. Szczególnie dziękuję Tobie Iryd, masz niesamowity dar kojenia duszy słowami. Tutaj, okazuje się czytając różne historie, że zarówno kobieta jak i mężczyzna mają tę samą wrażliwość emocjonalną, którą potrafią wyrazić. Kiedy wiesz, że jest coś co pozwala Ci się uśmiechać, czuć się lepiej, wierzyć, myśleć pozytywnie, wchodzisz w to i jeśli nie ranisz przy tym innych, nie zastanawiaj się nad tym czy masz prawo do tego. Jurto będzie świecić słońce, rezerwuję dla siebie popołudnie, a wieczór chyba poświęcę przyjaciołom, którzy się za mną stęsknili. Pozdrawiam. TULIPAN.

#25 2014-01-04
Iryd
mis Dziękuję za miłe słowa pod moim adresem. Miło mi jeśli moje „ramki koślawe” w czymś Ci pomogły. Ale przede wszystkim chciałem Ci podziękować za Twoją piękną opowieść. Ile trzeba mieć bezczelności, by to co tragiczne nazywać pięknym. Ale opowieść jest piękna, choć mówi o tragicznych rzeczach. Rozumiem, że była pisana bólem i cierpieniem. Jest ona dla mnie również o odwadze i Twoim dążeniu do przejścia na jaśniejszą stronę życia. Wiem, że zdążysz na Swój pociąg w kierunku słońca. Odnajdziesz w życiu Swoje szczęście. Będziemy tam z Tobą myślami.

Ja wiem, że mi łatwo pisać, bo miałem w mirę normalne dzieciństwo. Teraz jestem w związku, który moglibyśmy uznać za szczęśliwy. Nieidealny ale obydwoje z żoną wiemy, że bez siebie świata nie widzimy. Ja tylko popieram Vici, że będzie Ci Samej trudno z tym sobie poradzić i chciałem tylko zwrócić Twoją uwagę, że musisz poradzić Sobie nie tylko z mężem ale i dzieciństwem a nie masz się czego wstydzić. A wręcz odwrotnie.

Bardzo się ciszę, że mogłem Cię poznać, bo zawsze lubiłem poznawać wrażliwe i mądre kobiety. Wiele się od nich nauczyłem i jeśli mogłem to starałem się im w czymś pomóc. I zawsze jest mi żal jak mądrzy i wrażliwi ludzi cierpią. Ale ten świat nie jest sprawiedliwy i nigdy nie będzie.

PS Za mało Cię znam, by to rozumieć. Lecz jeśli jest tak, jak może tylko mi się wydaje. To piękne jest to co zrobiłaś. Nawet jeśli zrobiłaś to nieświadomie.

#26 2014-01-05
Tulipan
Witam chciałabym się podzielić pewną wiadomością. Szukałam wczoraj terapii dla siebie i chyba znalazłam. Tak więc w przyszłym tygodniu jadę na spotkanie grupy. Mam też do przeczytania ciekawe lektury, wracam na siłownię, bo tam przy wysiłku uwalniają się endorfiny i wiem jak to działa na mnie. Są postanowienia noworoczne, tak więc zabieram się do pracy nad sobą, jak w tym filmie "Jedz, módl się i kochaj"

Słowo do Iryda Nie wiem co zrobiłam, mogłabym wybierać pomiędzy jedną, drugą czy trzecią myślą, ale nie chcę w to wchodzić. Dziękuję również, że mogłam Cię poznać. Piszesz o swoim małżeństwie: Teraz jestem w związku, który moglibyśmy uznać za szczęśliwy. Nieidealny ale obydwoje z żoną wiemy, że bez siebie świata nie widzimy.

Tak trafnie umiałeś wyciągnąć wnioski z mojej historii, tak ja również mam pewne przemyślenia co do tych dwóch zdań. Myślę, że każdy jest w jakiejś podróży, Życzę Ci, abyś czuł się w swoim związku mega szczęśliwym i powtarzała często twojej żonie słowa podobne do tych.

Każdego dnia, dziękuję Bogu za to, że Cię mam, Za to, że jesteś przy mnie bym nigdy nie czuł się sam, Każdego dnia, nadajesz memu życiu nowy sens, Z Tobą mogę iść po jego kres.

Kończę ten wątek i kiedyś tu wrócę. Opowiem gdzie już doszłam. Dziękuję za dobrą energię. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.

#27 2014-01-05
Mariola
Mimo tego, że jestem jeszcze młoda, to też mogę utożsamić się z historią Twojego dzieciństwa i jej wpływem na relację damsko - męskie. Bo tak samo mam - kocham za bardzo, oddaję siebie w 100% i oczekuję tego samego.... Mnie w relacjach z facetami pomogła trochę książka " Dlaczego mężczyźni kochają zołzy", otworzyła mi oczy na błędy, które do tej pory popełniałam, więc polecam smile

A Tobie życzę wszystkiego dobrego, zasłużyłaś na to i jestem pewna ,że będziesz szczęśliwa smile:* Są wspomnienia...na marzeniach kurz...

#28 2014-01-05
Tulipan
Mariolka wysyłam Ci, te parę słów, które pomogą Ci zebrać się w sobie i będą drogowskazem w Twojej wędrówce przez życie. Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie. Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne, odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A wiec potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmierną odpowiedzialnością za cały świat. Wykorzystaj ten potencjał nad pracą nad Sobą. Zapamiętaj te słowa. Szczęście i nieszczęście są przy nas jak skrzydła przy wiatraku:To jedno, to drugie na wierzchu,a tymczasem zboże się miele. Błogosławione, co czyni człowieka twardym, gdyż drzewo nie smagane wichrem rzadko kiedy wyrasta silne i zdrowe . Nie gardź sobą, że bitwę przegrałaś. Trzeba pewnej siły, aby się zapędzić aż tam, gdzie się bitwy przegrywa. Jeśli cofasz się inną drogą niż szłaś, to czy rzeczywiście się cofasz? Nie wstydź się swoich łez, raduj się nimi tak jak radujesz się swoim szczęściem, czerp pełną piersią z życia wszystko, co możesz - to miłe i to bolesne, wesołe i smutne. Jedno i drugie jest życiem. Tak się składa, że na naszym świecie, żeby żyć spokojnie, trzeba być w ciągłym ruchu. Ten, kto nie pamięta przeszłości, będzie skazany na to, że ją przeżyje powtórnie. Co w sobie żywimy, to rośnie; takie jest odwieczne prawo natury. Istnieje w nas organ niechęci, niezadowolenia, tak samo jak organ sprzeciwu, nieufności. Im więcej mu dostarczamy pokarmu, ćwiczymy go, tym większym się staje, aż się przekształca w rozrośnięty potwornie wrzód i wszystko wokół pożera, pochłaniając i niszcząc życiodajne soki. Przebaczaj swoim wrogom, ale zapamiętaj ich imiona. A jeśli posiedzisz nad rzeką wystarczająco długo, zobaczysz jak płynie nią ciało twojego wroga.Tylko tyle prawdy utoruje sobie drogę, ile my sami jej wywalczymy. Zwycięstwo rozumu może być tylko zwycięstwem rozumnych. Mała rada. Nie żyj tym, na co wpływu nie masz. Życie rodziców ich problemy, pozostaw im. Każdy jest kowalem własnego losu. Kiedy rodzice wciągają mnie w swoje problemy, a wiem, że są one wynikiem alkoholu w domu, z bezczelnością wchodzę w tzw. złote jajko, które ma bardzo twardą skorupę i ich słowa odbijają się o nią i nie biorę tego do siebie. Na koniec mówię, to co się stało jest wynikiem twojego picia, nie pomogę Ci. Kiedyś było to dla mnie bardzo trudne, ale wybrałam to, bo gdy brałam ich problemy na własne barki, lęk, smutek, złość przynosiłam do własnego domu, do moich dzieci i te emocje paraliżowały mnie przez dłuższy czas. Pozdrawiam i życzę kochana wszystkiego dobrego.

Nasz kontakt przeniósł się na email.

Prowadzenie strony: Kr